Wciągnęłam powietrze nosem i jak zwykle poczułam ten błogi
dla moich zmysłów zapach Velaris. Czułam zapach farb z dzielnicy Tęczy, woń
kwiatów sprzedawanych na targu, a nawet wydawało mi się, że czułam radość
mieszkańców. Wytężyłam wzrok i ujrzałam ludzi na ulicy. Dziewczyny w prostych
sukniach, chłopców niemogących oderwać od nich wzroku, usłyszałam ich chichot i
beztroskę w ich głosie. Taki widok zawsze dodawał mi sił, wiedziałam, że dzięki
naszym wysiłkom mieszkańcy Velaris mogą żyć w pokoju i nie obawiać się tego co
przyniesie przyszłość. Uśmiechnęłam się szeroko i dalej spoglądałam na młodych
fae.
- Proszę zdradź mi co wywołało u ciebie taki uśmiech, bo chcę go widzieć codziennie. – zza moich pleców usłyszałam głos Rhysanda.
Usiadł obok mnie na krawędzi dachu domu Ethona i jego rodziny. Kochałam to, że prawie każdy znał tu każdego i o niego dbał. Kochałam to, że wiem o nowonarodzonej córce Ethona i jego żony lub o tym, że jego sąsiadka czasem za głośno śpiewa. Miło myśleć o czymś innym niż walka i ochrona mojego ludu.
- Velaris – odpowiedziałam i oparłam głowę na jego ramieniu.
Rhys zaśmiał się cicho i po chwili pogrążył w myślach. Siedzieliśmy tak w milczeniu przez jakiś czas. Książę i Pani Dworu Nocy siedzący na dachu, wpatrzeni w ich własne miasto, które tętni życiem pomimo późnej pory. Dwór Nocy ożywał po zmroku, a mimo to poczułam zmęczenie. Zahamowałam ziewnięcie, ale Rhys poczuł to przez naszą więź.
- Śpiąca? – spytał czule.
Przeszedł mnie lekki dreszcz, gdy poczułam jego skrzydło otaczające mnie i przyciągające mnie do niego. Od czasu gdy straciłam skrzydła minęły równo dwa miesiące.
- Yana? – Rhys odwrócił mnie, by spojrzeć na moją twarz. – Wszystko w porządku?
- Tak – odpowiedziałam nie całkowicie zgodnie z prawdą. – Mam dzisiaj wartę nad miastem. Powinnam już się stawić.
Wstałam i już miałam zejść, gdy Rhys złapał mnie za nadgarstek.
- Jesteś zmęczona, nie powinnaś – zaprotestował. – Pójdę za ciebie.
- Nie. – wyrwałam się z jego uścisku.
Spojrzałam mu w oczy i wiedziałam, że domyślił się tego co poczułam, gdy dotknął mnie skrzydłem. Odwróciłam wzrok i z pomocą cieni zeskoczyłam na ziemię. Szłam w kierunku Domu Wiatru, gdzie Azriel miał złożyć mi raport z jego warty i oficjalnie przekazać mi słodkie brzemię czuwania nad miastem. Zręcznie unikałam kolizji z fae przechadzającymi się po ulicach Velaris. Odpowiadałam uśmiechem na powitania i pozdrowienia, uważnie przyglądając się mieszkańcom i ich zachowaniu.
- Proszę zdradź mi co wywołało u ciebie taki uśmiech, bo chcę go widzieć codziennie. – zza moich pleców usłyszałam głos Rhysanda.
Usiadł obok mnie na krawędzi dachu domu Ethona i jego rodziny. Kochałam to, że prawie każdy znał tu każdego i o niego dbał. Kochałam to, że wiem o nowonarodzonej córce Ethona i jego żony lub o tym, że jego sąsiadka czasem za głośno śpiewa. Miło myśleć o czymś innym niż walka i ochrona mojego ludu.
- Velaris – odpowiedziałam i oparłam głowę na jego ramieniu.
Rhys zaśmiał się cicho i po chwili pogrążył w myślach. Siedzieliśmy tak w milczeniu przez jakiś czas. Książę i Pani Dworu Nocy siedzący na dachu, wpatrzeni w ich własne miasto, które tętni życiem pomimo późnej pory. Dwór Nocy ożywał po zmroku, a mimo to poczułam zmęczenie. Zahamowałam ziewnięcie, ale Rhys poczuł to przez naszą więź.
- Śpiąca? – spytał czule.
Przeszedł mnie lekki dreszcz, gdy poczułam jego skrzydło otaczające mnie i przyciągające mnie do niego. Od czasu gdy straciłam skrzydła minęły równo dwa miesiące.
- Yana? – Rhys odwrócił mnie, by spojrzeć na moją twarz. – Wszystko w porządku?
- Tak – odpowiedziałam nie całkowicie zgodnie z prawdą. – Mam dzisiaj wartę nad miastem. Powinnam już się stawić.
Wstałam i już miałam zejść, gdy Rhys złapał mnie za nadgarstek.
- Jesteś zmęczona, nie powinnaś – zaprotestował. – Pójdę za ciebie.
- Nie. – wyrwałam się z jego uścisku.
Spojrzałam mu w oczy i wiedziałam, że domyślił się tego co poczułam, gdy dotknął mnie skrzydłem. Odwróciłam wzrok i z pomocą cieni zeskoczyłam na ziemię. Szłam w kierunku Domu Wiatru, gdzie Azriel miał złożyć mi raport z jego warty i oficjalnie przekazać mi słodkie brzemię czuwania nad miastem. Zręcznie unikałam kolizji z fae przechadzającymi się po ulicach Velaris. Odpowiadałam uśmiechem na powitania i pozdrowienia, uważnie przyglądając się mieszkańcom i ich zachowaniu.
Na miejsce spotkania stawiłam się na czas. Azriel stał
odwrócony tyłem do wejścia i wyglądał przez okno. Nie patrzyłam jednak na
niego, a na jego skrzydła. Dzisiaj po raz pierwszy od dwóch miesięcy byłam tak
przygnębiona ich brakiem. Czasem miałam wrażenie, że dalej je czuje, ale za
każdym razem gdy sięgałam dłońmi w miejsce gdzie powinny się znajdować, czułam
jedynie blizny. Zastanawiałam się czy Azriel wie, że tu stoję. Na pewno. W
końcu był najlepszym szpiegiem z całego Dworu Nocy.
- Azriel – zaczęłam, nie chcąc przeciągać bolesnej ciszy.
- Pani. – odwrócił się na pięcie i pochylił głowę.
Nigdy nie spełniali moich próśb, by zwracali się do mnie po imieniu i bez zbędnych formalności. Było tak od incydentu. Rhysand powiedział mi, że jako Illyriańscy mężczyźni czują się winni za to, że nie zdołali ochronić bliskiej im osoby, tym bardziej kobiety. Podobno dlatego są teraz mi tak oddani i nie chcą opuścić mnie nawet na krok. Czasem bawił mnie ten ‘męski’ instynkt Illyriańczyków, ale nigdy nie przeszkadzał. O ile niektórzy potrafili być zbyt zaborczy, tak Cassian i Azriel znali granice i trzymali się jej. Postanowiłam już dawno, że pozwolę im by mnie chronili, chociażby dla ich własnego dobra.
- Raportuj. – wyprostowałam się i przygotowałam na nudny opis służby Azriela.
- Spokojnie. – Azriel podszedł bliżej. – Mogę zostać na drugą wartę. Wiem, że dzisiaj jest…
Ucięłam mu ruchem dłoni i spojrzałam w jego brązowe oczy. Widziałam w nich współczucie i złość. Położyłam mu jedną dłoń na ramieniu, a drugą dotknęłam jego policzka.
- Dziękuję, Azriel – szepnęłam. – ale dam sobie radę. Potrzebuję tego.
Cofnął się aż do balkonu, ukłonił, po czym rozłożył skrzydła i wbił się w powietrze. Westchnęłam cicho, jakby podziwiając to co zrobił. Po chwili sama wyszłam na balkon. Wiedziałam, że gdybym chciała mogłabym stworzyć skrzydła z cieni, ale nie mogłam się na to zdobyć. Bałam się tego co się stanie jak je znowu poczuję, dlatego wybiłam się w niebo o własnych siłach. Wylądowałam na pobliskim dachu, amortyzując upadek magią. Rozejrzałam się dookoła i przeskoczyłam na kolejny. W ten sposób sprawdziłam każdy kąt miasta, aż nadszedł poranek.
- Azriel – zaczęłam, nie chcąc przeciągać bolesnej ciszy.
- Pani. – odwrócił się na pięcie i pochylił głowę.
Nigdy nie spełniali moich próśb, by zwracali się do mnie po imieniu i bez zbędnych formalności. Było tak od incydentu. Rhysand powiedział mi, że jako Illyriańscy mężczyźni czują się winni za to, że nie zdołali ochronić bliskiej im osoby, tym bardziej kobiety. Podobno dlatego są teraz mi tak oddani i nie chcą opuścić mnie nawet na krok. Czasem bawił mnie ten ‘męski’ instynkt Illyriańczyków, ale nigdy nie przeszkadzał. O ile niektórzy potrafili być zbyt zaborczy, tak Cassian i Azriel znali granice i trzymali się jej. Postanowiłam już dawno, że pozwolę im by mnie chronili, chociażby dla ich własnego dobra.
- Raportuj. – wyprostowałam się i przygotowałam na nudny opis służby Azriela.
- Spokojnie. – Azriel podszedł bliżej. – Mogę zostać na drugą wartę. Wiem, że dzisiaj jest…
Ucięłam mu ruchem dłoni i spojrzałam w jego brązowe oczy. Widziałam w nich współczucie i złość. Położyłam mu jedną dłoń na ramieniu, a drugą dotknęłam jego policzka.
- Dziękuję, Azriel – szepnęłam. – ale dam sobie radę. Potrzebuję tego.
Cofnął się aż do balkonu, ukłonił, po czym rozłożył skrzydła i wbił się w powietrze. Westchnęłam cicho, jakby podziwiając to co zrobił. Po chwili sama wyszłam na balkon. Wiedziałam, że gdybym chciała mogłabym stworzyć skrzydła z cieni, ale nie mogłam się na to zdobyć. Bałam się tego co się stanie jak je znowu poczuję, dlatego wybiłam się w niebo o własnych siłach. Wylądowałam na pobliskim dachu, amortyzując upadek magią. Rozejrzałam się dookoła i przeskoczyłam na kolejny. W ten sposób sprawdziłam każdy kąt miasta, aż nadszedł poranek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz