Chłopak wstał i wyszedł. Po drodze usłyszał jakieś krzyki zapraszające go do
wspólnego picia, ale odmówił, tłumacząc się obowiązkami na farmie. Idąc przez
miasteczko do miejsca gdzie zostawił samochód spostrzegł tablicę informacyjną.
Nigdy specjalnie się jej nie przyglądał – do teraz. Połowę tablicy zajmował
plakat z wielkim napisem „ZOSTAŃ BOHATEREM, ZOSTAŃ ŻOŁNIERZEM”. Jack nigdy o
tym nie myślał. Wojsko wydawało się czymś niesamowicie odległym, a jednak
wyglądało na to, że prowadzili nabór nawet tu. Musiało być naprawdę źle skoro
szukają żołnierzy na wsi. Chłopak uśmiechnął się pod nosem i wyobrażając sobie
siebie w mundurze, ruszył w kierunku samochodu.
***
Dziewczyna opierała się o drewniane ogrodzenie i patrzyła
jak Jack uparcie usiłuje dosiąść równie upartego mustanga. Chłopak wylądował na
ziemi już po raz jedenasty.
- Błagam, Jack – jęknęła i wspięła się na ogrodzenie. Podeszła do niego i strząsnęła resztki piachu z jego głowy. – Ten koń szybciej cię zabije, niż pozwoli ci się dosiąść.
Jack odwrócił się na pięcie i oparł o drewniany pal przy wodzie.
- Nie chcę by go zabito. - schował twarz w dłoniach. – Wiesz, że jak nie przestanie być tak uparty, to go zastrzelą.
Alice podeszła do niego od tyłu i go objęła. Położyła twarz na jego zapewne całkowicie pokrytych w siniakach plecach i przyjrzała się czarnemu ogierowi. Czasem jedno spojrzenie na zwierzę wystarczy, by stwierdzić, że łatwo nie będzie. W tym wypadku, to jedno spojrzenie może ci zafundować kilka nowych siniaków. Jack dowiedział się o tym niedawno, kiedy próbował podejść.
- Wypuśćmy go – powiedziała bez zastanowienia.
Jack odwrócił się i spojrzał w jej oczy. Był zaskoczony. W sumie nie był to taki zły pomysł, tylko…
- Mój ojciec nas zabije – westchnął – ale warto.
Alice uśmiechnęła się szeroko i ponownie spojrzała na konia, który wydawał się zastanawiać jaką decyzję właśnie podjęli.
- Otwórz bramę – nakazała i ruszyła w kierunku konia.
- Uważaj, jest prawie tak nerwowy jak ty.
Dziewczyna odpowiedziała obraźliwym gestem, którego Jack skwitował śmiechem. Powoli podchodziła do konia robiąc wszystko, by tylko go nie zaniepokoić. Podniosła i pokazała mu swoje puste dłonie, nie patrząc zwierzęciu w oczy. Musiała odpiąć siodło i uzdę, które jakimś cudem założył Jack. Podeszła do boku konia i po chwili odskoczyła, gdy koń odwrócił się do niej tyłem i kopnął powietrze.
Gdzieś z oddali Jack coś krzyczał, ale dziewczyna to zignorowała.
- Po prostu pozwól mi to zdjąć – mówiła powoli i spokojnie – Chyba nie chcesz być w tym do końca twojego życia co? No dalej, wypuścimy cię.
Ponownie podeszła i dotknęła siodła.
- Niektórzy będą chcieli cię zabić, ale nie martw się nie pozwolimy na to. – podniosła materiał i odpięła siodło, które osunęło się na ziemię.
Koń cofnął się o kilka kroków, przyglądając się jej. Dłonie dziewczyny lekko drżały, kiedy podniosła je w kierunku uzdy.
- Jeszcze tylko to, mały.
Jej ręce, były tak blisko pyska konia, że pewnie nie zdążyłaby ich cofnąć gdyby ten zdecydował się ją ugryźć. Dotknęła uzdy i odpięła zapięcie. Powoli zaczęła ją zdejmować, kiedy koń machnął łbem. Dziewczyna odskoczyła, przy czym potknęła się i upadła na twardą ziemię. Koń zarżał.
- Czy ty się ze mnie śmiejesz, marudo? – spytała, po czym sama się zaśmiała. – Idź. Jesteś wolny.
Alice poczuła jak silne dłonie podnoszą ją za ramię, po czym ją obejmują. Ogier powoli, jakby niepewnie ruszył w kierunku bramy, ale kiedy ją przekroczył, natychmiast przeszedł do galopu i zaczął się oddalać.
- Co powiemy twojemu ojcu? – spytała dziewczyna, kiedy koń był już tylko małą czarną kropką na horyzoncie.
- Obawiam się, że nic nie musimy mu mówić.
Dziewczyna odwróciła się i spojrzała w kierunku domku. Stary Morrison stał w drzwiach. Machnął dłonią, zapraszając ich na zapewne niemiłą rozmowę do domu, po czym trzasnął drzwiami. Dziewczynę przeszedł dreszcz, a uścisk Jack ’a zelżał.
- Lepiej chodźmy od razu. – dalej ją obejmując, ruszył w kierunku domu.
- Błagam, Jack – jęknęła i wspięła się na ogrodzenie. Podeszła do niego i strząsnęła resztki piachu z jego głowy. – Ten koń szybciej cię zabije, niż pozwoli ci się dosiąść.
Jack odwrócił się na pięcie i oparł o drewniany pal przy wodzie.
- Nie chcę by go zabito. - schował twarz w dłoniach. – Wiesz, że jak nie przestanie być tak uparty, to go zastrzelą.
Alice podeszła do niego od tyłu i go objęła. Położyła twarz na jego zapewne całkowicie pokrytych w siniakach plecach i przyjrzała się czarnemu ogierowi. Czasem jedno spojrzenie na zwierzę wystarczy, by stwierdzić, że łatwo nie będzie. W tym wypadku, to jedno spojrzenie może ci zafundować kilka nowych siniaków. Jack dowiedział się o tym niedawno, kiedy próbował podejść.
- Wypuśćmy go – powiedziała bez zastanowienia.
Jack odwrócił się i spojrzał w jej oczy. Był zaskoczony. W sumie nie był to taki zły pomysł, tylko…
- Mój ojciec nas zabije – westchnął – ale warto.
Alice uśmiechnęła się szeroko i ponownie spojrzała na konia, który wydawał się zastanawiać jaką decyzję właśnie podjęli.
- Otwórz bramę – nakazała i ruszyła w kierunku konia.
- Uważaj, jest prawie tak nerwowy jak ty.
Dziewczyna odpowiedziała obraźliwym gestem, którego Jack skwitował śmiechem. Powoli podchodziła do konia robiąc wszystko, by tylko go nie zaniepokoić. Podniosła i pokazała mu swoje puste dłonie, nie patrząc zwierzęciu w oczy. Musiała odpiąć siodło i uzdę, które jakimś cudem założył Jack. Podeszła do boku konia i po chwili odskoczyła, gdy koń odwrócił się do niej tyłem i kopnął powietrze.
Gdzieś z oddali Jack coś krzyczał, ale dziewczyna to zignorowała.
- Po prostu pozwól mi to zdjąć – mówiła powoli i spokojnie – Chyba nie chcesz być w tym do końca twojego życia co? No dalej, wypuścimy cię.
Ponownie podeszła i dotknęła siodła.
- Niektórzy będą chcieli cię zabić, ale nie martw się nie pozwolimy na to. – podniosła materiał i odpięła siodło, które osunęło się na ziemię.
Koń cofnął się o kilka kroków, przyglądając się jej. Dłonie dziewczyny lekko drżały, kiedy podniosła je w kierunku uzdy.
- Jeszcze tylko to, mały.
Jej ręce, były tak blisko pyska konia, że pewnie nie zdążyłaby ich cofnąć gdyby ten zdecydował się ją ugryźć. Dotknęła uzdy i odpięła zapięcie. Powoli zaczęła ją zdejmować, kiedy koń machnął łbem. Dziewczyna odskoczyła, przy czym potknęła się i upadła na twardą ziemię. Koń zarżał.
- Czy ty się ze mnie śmiejesz, marudo? – spytała, po czym sama się zaśmiała. – Idź. Jesteś wolny.
Alice poczuła jak silne dłonie podnoszą ją za ramię, po czym ją obejmują. Ogier powoli, jakby niepewnie ruszył w kierunku bramy, ale kiedy ją przekroczył, natychmiast przeszedł do galopu i zaczął się oddalać.
- Co powiemy twojemu ojcu? – spytała dziewczyna, kiedy koń był już tylko małą czarną kropką na horyzoncie.
- Obawiam się, że nic nie musimy mu mówić.
Dziewczyna odwróciła się i spojrzała w kierunku domku. Stary Morrison stał w drzwiach. Machnął dłonią, zapraszając ich na zapewne niemiłą rozmowę do domu, po czym trzasnął drzwiami. Dziewczynę przeszedł dreszcz, a uścisk Jack ’a zelżał.
- Lepiej chodźmy od razu. – dalej ją obejmując, ruszył w kierunku domu.
Alice siedziała na krześle i słuchała jak Jack i ojciec
krzyczą w pokoju obok. Jego matka siedziała naprzeciwko, nie spuszczając z niej
wzroku. Miała wrażenie, że jeszcze trochę i wybuchnie. Wtedy do środka wparował
starszy Morrison, a za nim jego syn. Dziewczyna wstała, by chwilę później być
pchniętą na ścianę obok.
- Przestań! – krzyknął Jack.
Wściekły mężczyzna trzymał ją za ramiona i patrzył w oczy.
- Czy ty wiesz ile mnie może kosztować ta strata? – Dziewczyna powoli przestawała go słuchać. - Na mięsie przynajmniej coś by się zarobiło!
Jej wzrok powędrował w kierunku Jack 'a. Z jego ust sączyła się strużka krwi, ale to jego oczy wydawały się najbardziej pokrzywdzone – jego dusza. Wiedziała, że nie znosi życia na farmie, a do tego te konfrontacje z ojcem. Nawiązali kontakt wzrokowy. Alice nie wiedziała co zobaczył w jej oczach, ale po chwili rzucił się na mężczyznę i pchnął go na środek pokoju. Stanął przed dziewczyną, oddzielając ją od ojca.
- Mam tego dość rozumiesz? – jego głos był cichy, ale słychać było, że aż się w nim gotuje. – Wyjeżdżam.
- Tak? – odpowiedział ojciec, głosem wypranym z emocji. – I co zrobisz?
- Pójdę do wojska.
W domu nastała głucha cisza. Przerwał ją cichy szloch matki Jack ’a, ale ten nawet na nią nie spojrzał. Złapał Alice za ramię i pociągnął za sobą do sypialni. Zamknął za nimi drzwi, wyciągnął torbę i rzucił ją na łóżko. Podszedł do szuflady i bez patrzenia, przerzucał jej zawartość do torby. Dziewczyna usiadła na łóżku i popatrzyła na Jack ’a. On nie żartował.
- Jack – szepnęła.
Pokręcił głową i zasunął torbę. Nie patrzył na Alice.
- Nie mogę tu zostać – powiedział – Mam dość.
- Wiem, Jack. – w jej oczach pojawiły się łzy. – Ale… wojsko? Boże, Jack, a co jeśli…
Jej głos się załamał. Wiedziała jaka jest teraz sytuacja na świecie. Jeden wielki chaos. Terroryzm występuje teraz już w każdym kraju, bandyci panują na ulicach. Ludzie boją się wychodzić z domu, a oni byli tu – bezpieczni. Czasem sama chciała jakoś działać, ale wojsko… Myśl o tym, że Jack może nie wrócić sprawiła, że dziewczyna nie mogła powstrzymać szlochu.
- Wiem, że żadna głupia obietnica cię nie przekona, ale może to tak. – po czym włożył rękę do kieszeni i uklęknął przed nią. – Obiecuję, że wrócę, ponieważ nie mogę nie przyjść na własne wesele.
Otworzył dłoń i Alice ujrzała złoty pierścionek. To tylko pogorszyło szloch i pokręciła głową.
- Skąd? – zdołała wyszeptać.
- Jeden chłopak pracujący w kopalni złota wisiał mi dużą przysługę. Dał mi odpowiednią ilość, a ja znalazłem człowieka, który przeleje to w pierścionek. Podoba ci się?
Zaśmiała się i pokiwała głową.
- To dobrze. No to… wyjdziesz za mnie, Alice? – jego oczy były pełne nadziei, dziewczyna zaczęła się już nienawidzić.
- Nie – odpowiedziała stanowczo, a nadzieja w jego oczach przygasła.
- Dlaczego? – spytał dalej klęcząc.
- Nie chcę patrzeć na ten pierścionek, kiedy będę czekać – tłumaczyła – Nie chcę na niego patrzeć, kiedy jakiś inny żołnierz przekaże mi flagę i… Boże Jack…
- Wrócę, Alice – zapewnił – Kocham cię.
Chłopak, który teraz był już mężczyzną, wstał, pocałował ją w czoło i wyszedł. Alice jeszcze długo siedziała w ciemności, kiedy w końcu położyła się i zapadła w sen, tuląc twarz do poduszki przesiąkniętej zapachem wody kolońskiej Jack 'a.
- Przestań! – krzyknął Jack.
Wściekły mężczyzna trzymał ją za ramiona i patrzył w oczy.
- Czy ty wiesz ile mnie może kosztować ta strata? – Dziewczyna powoli przestawała go słuchać. - Na mięsie przynajmniej coś by się zarobiło!
Jej wzrok powędrował w kierunku Jack 'a. Z jego ust sączyła się strużka krwi, ale to jego oczy wydawały się najbardziej pokrzywdzone – jego dusza. Wiedziała, że nie znosi życia na farmie, a do tego te konfrontacje z ojcem. Nawiązali kontakt wzrokowy. Alice nie wiedziała co zobaczył w jej oczach, ale po chwili rzucił się na mężczyznę i pchnął go na środek pokoju. Stanął przed dziewczyną, oddzielając ją od ojca.
- Mam tego dość rozumiesz? – jego głos był cichy, ale słychać było, że aż się w nim gotuje. – Wyjeżdżam.
- Tak? – odpowiedział ojciec, głosem wypranym z emocji. – I co zrobisz?
- Pójdę do wojska.
W domu nastała głucha cisza. Przerwał ją cichy szloch matki Jack ’a, ale ten nawet na nią nie spojrzał. Złapał Alice za ramię i pociągnął za sobą do sypialni. Zamknął za nimi drzwi, wyciągnął torbę i rzucił ją na łóżko. Podszedł do szuflady i bez patrzenia, przerzucał jej zawartość do torby. Dziewczyna usiadła na łóżku i popatrzyła na Jack ’a. On nie żartował.
- Jack – szepnęła.
Pokręcił głową i zasunął torbę. Nie patrzył na Alice.
- Nie mogę tu zostać – powiedział – Mam dość.
- Wiem, Jack. – w jej oczach pojawiły się łzy. – Ale… wojsko? Boże, Jack, a co jeśli…
Jej głos się załamał. Wiedziała jaka jest teraz sytuacja na świecie. Jeden wielki chaos. Terroryzm występuje teraz już w każdym kraju, bandyci panują na ulicach. Ludzie boją się wychodzić z domu, a oni byli tu – bezpieczni. Czasem sama chciała jakoś działać, ale wojsko… Myśl o tym, że Jack może nie wrócić sprawiła, że dziewczyna nie mogła powstrzymać szlochu.
- Wiem, że żadna głupia obietnica cię nie przekona, ale może to tak. – po czym włożył rękę do kieszeni i uklęknął przed nią. – Obiecuję, że wrócę, ponieważ nie mogę nie przyjść na własne wesele.
Otworzył dłoń i Alice ujrzała złoty pierścionek. To tylko pogorszyło szloch i pokręciła głową.
- Skąd? – zdołała wyszeptać.
- Jeden chłopak pracujący w kopalni złota wisiał mi dużą przysługę. Dał mi odpowiednią ilość, a ja znalazłem człowieka, który przeleje to w pierścionek. Podoba ci się?
Zaśmiała się i pokiwała głową.
- To dobrze. No to… wyjdziesz za mnie, Alice? – jego oczy były pełne nadziei, dziewczyna zaczęła się już nienawidzić.
- Nie – odpowiedziała stanowczo, a nadzieja w jego oczach przygasła.
- Dlaczego? – spytał dalej klęcząc.
- Nie chcę patrzeć na ten pierścionek, kiedy będę czekać – tłumaczyła – Nie chcę na niego patrzeć, kiedy jakiś inny żołnierz przekaże mi flagę i… Boże Jack…
- Wrócę, Alice – zapewnił – Kocham cię.
Chłopak, który teraz był już mężczyzną, wstał, pocałował ją w czoło i wyszedł. Alice jeszcze długo siedziała w ciemności, kiedy w końcu położyła się i zapadła w sen, tuląc twarz do poduszki przesiąkniętej zapachem wody kolońskiej Jack 'a.