Cytat

"everything that happens now is in your hands"

poniedziałek, 31 października 2016

Tales of Yana - High Lady of the Night Court - "New beginning"

Brak komentarzy:
Wiatr przybrał na sile, a ja z trudem utrzymywałam przewagę nad swoim rywalem. Wiedziałam, że jeżeli się odwrócę ujrzę Cassiana tuż za sobą. Przyśpieszyłam, kiedy na horyzoncie zobaczyłam Azriela i Rhysanda. Zwycięstwo było tak blisko, a nowe skrzydła sprawowały się idealnie. Nagle poczułam ostry ból w miejscu, gdzie dawniej znajdowały się moje prawdziwe skrzydła. Świat stracił ostrość. Magia odmówiła posłuszeństwa i sekundę później, spadałam. Z ust wyrwał mi się cichy jęk, a oczy rozszerzyły się w przerażeniu. Nie mogłam przeżyć upadku z tej wysokości. W głowie poczułam przerażenie podobne do własnego i wiedziałam, że pochodzi ono od Rhysanda. Czyjeś ramiona złapały mnie w pasie i cały świat przestał się kręcić. Przede mną ujrzałam zmartwioną twarz Cassiana, który czule przypatrywał się mojemu ciału szukając źródła bólu. Nie mógł go jednak ujrzeć, ponieważ jego źródło znikło już dawno. Poczułam pod sobą twardą ziemię i uznając to za oznakę bezpieczeństwa, pozwoliłam sobie odpłynąć.


Obudziłam się w moim własnym łóżku, z wilgotnym ręcznikiem na głowie. Rozejrzałam się po pokoju i ujrzałam to, co spodziewałam się ujrzeć. Rhysand siedział tuż obok mnie, Azriel stał przy balkonie, a Cassian przy drzwiach. Prawdopodobnie byłam w tym momencie najbezpieczniejszą istotą na świecie, a oni najlepszymi niańkami. Uśmiechnęłam się pod nosem, co zwróciło uwagę Rhysa.
- Na kocioł, ależ mnie wystraszyła, Yana – westchnął i oparł podbródek na dłoni.
- Siebie też. – przetarłam dłonią oczy i zdjęłam ręcznik z czoła. – Po co to?
- Byłaś rozgrzana - wytłumaczył Rhys i odłożył ręcznik do miski. – Co się właściwie tam stało?
Ku niezadowoleniu całej opiekuńczej trójki, podniosłam się i usiadłam na łóżku. Wpatrywali się we mnie, czekając na informacje. Odkaszlnęłam i sięgnęłam dłonią na plecy. Wzdrygnęłam się, gdy dotknęłam blizny na lewej łopatce. Azriel jakby domyślając się o co chodzi, odwrócił wzrok i zacisnął pięści.
- Poczułam ten sam ból, jak wtedy co je straciłam – wyjaśniłam głosem słabszym, niż chciałam.
Niespodziewanie, rozpalił się we mnie ogień, który chciał tylko niszczyć. Zerwałam się na równe nogi i wybiegłam na balkon, przy okazji prawie przewracając Azriela.
- Yana! – usłyszałam za sobą, ale ignorowałam ich.
Odetchnęłam głęboko i stworzyłam magiczny odpowiednik moich skrzydeł. Ponownie poczułam ten sam przeszywający ból. Wiedziałam, że Rhys to też poczuł. Czuł to przez naszą więź. Zacisnęłam dłonie na poręczy i starałam się powstrzymać szloch.
- Nie musisz tego robić. – Rhysand stanął obok mnie.
- Nie? – żachnęłam się. - Jak mam chronić Dwór Nocy, skoro sama dla siebie jestem zagrożeniem?!
Chwilę później byłam już w powietrzu. Nie mogłam pozwolić, bym straciła to co było mi tak drogie. Leciałam coraz szybciej, a ból ustępował. Wiatr delikatnie smagał moje policzki, a gwiazdy oświetlały mi drogę. Poczułam się wolna. Nie latałam już prosto. Obracałam się, pikowałam i znosiłam się do góry. Przelatywałam nad głowami fae, którzy śmieli się i wiwatowali. Byłam Panią Dworu Nocy i nie miałam zamiaru się poddać.

Tales of Yana - High Lady of the Night Court - "The Watch"

Brak komentarzy:
Wciągnęłam powietrze nosem i jak zwykle poczułam ten błogi dla moich zmysłów zapach Velaris. Czułam zapach farb z dzielnicy Tęczy, woń kwiatów sprzedawanych na targu, a nawet wydawało mi się, że czułam radość mieszkańców. Wytężyłam wzrok i ujrzałam ludzi na ulicy. Dziewczyny w prostych sukniach, chłopców niemogących oderwać od nich wzroku, usłyszałam ich chichot i beztroskę w ich głosie. Taki widok zawsze dodawał mi sił, wiedziałam, że dzięki naszym wysiłkom mieszkańcy Velaris mogą żyć w pokoju i nie obawiać się tego co przyniesie przyszłość. Uśmiechnęłam się szeroko i dalej spoglądałam na młodych fae.
- Proszę zdradź mi co wywołało u ciebie taki uśmiech, bo chcę go widzieć codziennie. – zza moich pleców usłyszałam głos Rhysanda.
Usiadł obok mnie na krawędzi dachu domu Ethona i jego rodziny. Kochałam to, że prawie każdy znał tu każdego i o niego dbał. Kochałam to, że wiem o nowonarodzonej córce Ethona i jego żony lub o tym, że jego sąsiadka czasem za głośno śpiewa. Miło myśleć o czymś innym niż walka i ochrona mojego ludu.
- Velaris – odpowiedziałam i oparłam głowę na jego ramieniu.
Rhys zaśmiał się cicho i po chwili pogrążył w myślach. Siedzieliśmy tak w milczeniu przez jakiś czas. Książę i Pani Dworu Nocy siedzący na dachu, wpatrzeni w ich własne miasto, które tętni życiem pomimo późnej pory. Dwór Nocy ożywał po zmroku, a mimo to poczułam zmęczenie. Zahamowałam ziewnięcie, ale Rhys poczuł to przez naszą więź.
- Śpiąca? – spytał czule.
Przeszedł mnie lekki dreszcz, gdy poczułam jego skrzydło otaczające mnie i przyciągające mnie do niego. Od czasu gdy straciłam skrzydła minęły równo dwa miesiące.
- Yana? – Rhys odwrócił mnie, by spojrzeć na moją twarz. – Wszystko w porządku?
- Tak – odpowiedziałam nie całkowicie zgodnie z prawdą. – Mam dzisiaj wartę nad miastem. Powinnam już się stawić.
Wstałam i już miałam zejść, gdy Rhys złapał mnie za nadgarstek.
- Jesteś zmęczona, nie powinnaś – zaprotestował. – Pójdę za ciebie.
- Nie. – wyrwałam się z jego uścisku.
Spojrzałam mu w oczy i wiedziałam, że domyślił się tego co poczułam, gdy dotknął mnie skrzydłem. Odwróciłam wzrok i z pomocą cieni zeskoczyłam na ziemię. Szłam w kierunku Domu Wiatru, gdzie Azriel miał złożyć mi raport z jego warty i oficjalnie przekazać mi słodkie brzemię czuwania nad miastem. Zręcznie unikałam kolizji z fae przechadzającymi się po ulicach Velaris. Odpowiadałam uśmiechem na powitania i pozdrowienia, uważnie przyglądając się mieszkańcom i ich zachowaniu.

Na miejsce spotkania stawiłam się na czas. Azriel stał odwrócony tyłem do wejścia i wyglądał przez okno. Nie patrzyłam jednak na niego, a na jego skrzydła. Dzisiaj po raz pierwszy od dwóch miesięcy byłam tak przygnębiona ich brakiem. Czasem miałam wrażenie, że dalej je czuje, ale za każdym razem gdy sięgałam dłońmi w miejsce gdzie powinny się znajdować, czułam jedynie blizny. Zastanawiałam się czy Azriel wie, że tu stoję. Na pewno. W końcu był najlepszym szpiegiem z całego Dworu Nocy.
- Azriel – zaczęłam, nie chcąc przeciągać bolesnej ciszy.
- Pani. – odwrócił się na pięcie i pochylił głowę.
Nigdy nie spełniali moich próśb, by zwracali się do mnie po imieniu i bez zbędnych formalności. Było tak od incydentu. Rhysand powiedział mi, że jako Illyriańscy mężczyźni czują się winni za to, że nie zdołali ochronić bliskiej im osoby, tym bardziej kobiety. Podobno dlatego są teraz mi tak oddani i nie chcą opuścić mnie nawet na krok. Czasem bawił mnie ten ‘męski’ instynkt Illyriańczyków, ale nigdy nie przeszkadzał. O ile niektórzy potrafili być zbyt zaborczy, tak Cassian i Azriel znali granice i trzymali się jej. Postanowiłam już dawno, że pozwolę im by mnie chronili, chociażby dla ich własnego dobra.
- Raportuj. – wyprostowałam się i przygotowałam na nudny opis służby Azriela.
- Spokojnie. – Azriel podszedł bliżej. – Mogę zostać na drugą wartę. Wiem, że dzisiaj jest…
Ucięłam mu ruchem dłoni i spojrzałam w jego brązowe oczy. Widziałam w nich współczucie i złość. Położyłam mu jedną dłoń na ramieniu, a drugą dotknęłam jego policzka.
- Dziękuję, Azriel – szepnęłam. – ale dam sobie radę. Potrzebuję tego.
Cofnął się aż do balkonu, ukłonił, po czym rozłożył skrzydła i wbił się w powietrze. Westchnęłam cicho, jakby podziwiając to co zrobił. Po chwili sama wyszłam na balkon. Wiedziałam, że gdybym chciała mogłabym stworzyć skrzydła z cieni, ale nie mogłam się na to zdobyć. Bałam się tego co się stanie jak je znowu poczuję, dlatego wybiłam się w niebo o własnych siłach. Wylądowałam na pobliskim dachu, amortyzując upadek magią. Rozejrzałam się dookoła i przeskoczyłam na kolejny. W ten sposób sprawdziłam każdy kąt miasta, aż nadszedł poranek.

sobota, 3 września 2016

"We are all soldiers now" Part I

Brak komentarzy:

Światło wpadało przez okna do kiepsko oświetlonego baru. Poza promieniami słońca, jedynym źródłem światła były tu dwie żarówki. Jedna przy barku, a druga na środku sali. Jack siedział przy najbardziej oddalonym stoliku w knajpie. Potrzebował chwili dla siebie, a w tym cholernym miasteczku było o to ciężko. Każdy znał każdego. Jak twój ojciec? Kiedy ślub? Przejmiesz farmę po starym Morrisonie? Otóż nie. Jack nie miał zamiaru marnować swojego życia na coś takiego. Miał osiemnaście lat, świat stał przed nim otworem, a wszyscy pchali go do więzienia jakim będzie ta farma. No prawie wszyscy. Alice zawsze była po jego stronie, jako jedyna wiedziała co sądzi o tej farmie. Problem był tylko taki, że Jack nie za bardzo wiedział co ma robić. Po prostu pojedzie do wielkiego miasta i zatrudni się w jakimś fastfoodzie w nadziei na lepszą karierę?
Chłopak wstał i wyszedł. Po drodze usłyszał jakieś krzyki zapraszające go do wspólnego picia, ale odmówił, tłumacząc się obowiązkami na farmie. Idąc przez miasteczko do miejsca gdzie zostawił samochód spostrzegł tablicę informacyjną. Nigdy specjalnie się jej nie przyglądał – do teraz. Połowę tablicy zajmował plakat z wielkim napisem „ZOSTAŃ BOHATEREM, ZOSTAŃ ŻOŁNIERZEM”. Jack nigdy o tym nie myślał. Wojsko wydawało się czymś niesamowicie odległym, a jednak wyglądało na to, że prowadzili nabór nawet tu. Musiało być naprawdę źle skoro szukają żołnierzy na wsi. Chłopak uśmiechnął się pod nosem i wyobrażając sobie siebie w mundurze, ruszył w kierunku samochodu.
***
Dziewczyna opierała się o drewniane ogrodzenie i patrzyła jak Jack uparcie usiłuje dosiąść równie upartego mustanga. Chłopak wylądował na ziemi już po raz jedenasty.
- Błagam, Jack – jęknęła i wspięła się na ogrodzenie. Podeszła do niego i strząsnęła resztki piachu z jego głowy. – Ten koń szybciej cię zabije, niż pozwoli ci się dosiąść.
Jack odwrócił się na pięcie i oparł o drewniany pal przy wodzie.
- Nie chcę by go zabito. - schował twarz w dłoniach. – Wiesz, że jak nie przestanie być tak uparty, to go zastrzelą.
Alice podeszła do niego od tyłu i go objęła. Położyła twarz na jego zapewne całkowicie pokrytych w siniakach plecach i przyjrzała się czarnemu ogierowi. Czasem jedno spojrzenie na zwierzę wystarczy, by stwierdzić, że łatwo nie będzie. W tym wypadku, to jedno spojrzenie może ci zafundować kilka nowych siniaków. Jack dowiedział się o tym niedawno, kiedy próbował podejść.
- Wypuśćmy go – powiedziała bez zastanowienia.
Jack odwrócił się i spojrzał w jej oczy. Był zaskoczony. W sumie nie był to taki zły pomysł, tylko…
- Mój ojciec nas zabije – westchnął – ale warto.
Alice uśmiechnęła się szeroko i ponownie spojrzała na konia, który wydawał się zastanawiać jaką decyzję właśnie podjęli.
- Otwórz bramę – nakazała i ruszyła w kierunku konia.
- Uważaj, jest prawie tak nerwowy jak ty.
Dziewczyna odpowiedziała obraźliwym gestem, którego Jack skwitował śmiechem. Powoli podchodziła do konia robiąc wszystko, by tylko go nie zaniepokoić. Podniosła i pokazała mu swoje puste dłonie, nie patrząc zwierzęciu w oczy. Musiała odpiąć siodło i uzdę, które jakimś cudem założył Jack. Podeszła do boku konia i po chwili odskoczyła, gdy koń odwrócił się do niej tyłem i kopnął powietrze.
Gdzieś z oddali Jack coś krzyczał, ale dziewczyna to zignorowała.
- Po prostu pozwól mi to zdjąć – mówiła powoli i spokojnie – Chyba nie chcesz być w tym do końca twojego życia co? No dalej, wypuścimy cię.
Ponownie podeszła i dotknęła siodła.
- Niektórzy będą chcieli cię zabić, ale nie martw się nie pozwolimy na to. – podniosła materiał i odpięła siodło, które osunęło się na ziemię.
Koń cofnął się o kilka kroków, przyglądając się jej. Dłonie dziewczyny lekko drżały, kiedy podniosła je w kierunku uzdy.
- Jeszcze tylko to, mały.
Jej ręce, były tak blisko pyska konia, że pewnie nie zdążyłaby ich cofnąć gdyby ten zdecydował się ją ugryźć. Dotknęła uzdy i odpięła zapięcie. Powoli zaczęła ją zdejmować, kiedy koń machnął łbem. Dziewczyna odskoczyła, przy czym potknęła się i upadła na twardą ziemię. Koń zarżał.
- Czy ty się ze mnie śmiejesz, marudo? – spytała, po czym sama się zaśmiała. – Idź. Jesteś wolny.
Alice poczuła jak silne dłonie podnoszą ją za ramię, po czym ją obejmują. Ogier powoli, jakby niepewnie ruszył w kierunku bramy, ale kiedy ją przekroczył, natychmiast przeszedł do galopu i zaczął się oddalać.
- Co powiemy twojemu ojcu? – spytała dziewczyna, kiedy koń był już tylko małą czarną kropką na horyzoncie.
- Obawiam się, że nic nie musimy mu mówić.
Dziewczyna odwróciła się i spojrzała w kierunku domku. Stary Morrison stał w drzwiach. Machnął dłonią, zapraszając ich na zapewne niemiłą rozmowę do domu, po czym trzasnął drzwiami. Dziewczynę przeszedł dreszcz, a uścisk Jack ’a zelżał.
- Lepiej chodźmy od razu. – dalej ją obejmując, ruszył w kierunku domu.

Alice siedziała na krześle i słuchała jak Jack i ojciec krzyczą w pokoju obok. Jego matka siedziała naprzeciwko, nie spuszczając z niej wzroku. Miała wrażenie, że jeszcze trochę i wybuchnie. Wtedy do środka wparował starszy Morrison, a za nim jego syn. Dziewczyna wstała, by chwilę później być pchniętą na ścianę obok.
- Przestań! – krzyknął Jack.
Wściekły mężczyzna trzymał ją za ramiona i patrzył w oczy.
- Czy ty wiesz ile mnie może kosztować ta strata? – Dziewczyna powoli przestawała go słuchać. - Na mięsie przynajmniej coś by się zarobiło!
Jej wzrok powędrował w kierunku Jack 'a. Z jego ust sączyła się strużka krwi, ale to jego oczy wydawały się najbardziej pokrzywdzone – jego dusza. Wiedziała, że nie znosi życia na farmie, a do tego te konfrontacje z ojcem. Nawiązali kontakt wzrokowy. Alice nie wiedziała co zobaczył w jej oczach, ale po chwili rzucił się na mężczyznę i pchnął go na środek pokoju. Stanął przed dziewczyną, oddzielając ją od ojca.
- Mam tego dość rozumiesz? – jego głos był cichy, ale słychać było, że aż się w nim gotuje. – Wyjeżdżam.
- Tak? – odpowiedział ojciec, głosem wypranym z emocji. – I co zrobisz?
- Pójdę do wojska.
W domu nastała głucha cisza. Przerwał ją cichy szloch matki Jack ’a, ale ten nawet na nią nie spojrzał. Złapał Alice za ramię i pociągnął za sobą do sypialni. Zamknął za nimi drzwi, wyciągnął torbę i rzucił ją na łóżko. Podszedł do szuflady i bez patrzenia, przerzucał jej zawartość do torby. Dziewczyna usiadła na łóżku i popatrzyła na Jack ’a. On nie żartował.
- Jack – szepnęła.
Pokręcił głową i zasunął torbę. Nie patrzył na Alice.
- Nie mogę tu zostać – powiedział – Mam dość.
- Wiem, Jack. – w jej oczach pojawiły się łzy. – Ale… wojsko? Boże, Jack, a co jeśli…
Jej głos się załamał. Wiedziała jaka jest teraz sytuacja na świecie. Jeden wielki chaos. Terroryzm występuje teraz już w każdym kraju, bandyci panują na ulicach. Ludzie boją się wychodzić z domu, a oni byli tu – bezpieczni. Czasem sama chciała jakoś działać, ale wojsko… Myśl o tym, że Jack może nie wrócić sprawiła, że dziewczyna nie mogła powstrzymać szlochu.
- Wiem, że żadna głupia obietnica cię nie przekona, ale może to tak. – po czym włożył rękę do kieszeni i uklęknął przed nią. – Obiecuję, że wrócę, ponieważ nie mogę nie przyjść na własne wesele.
Otworzył dłoń i Alice ujrzała złoty pierścionek. To tylko pogorszyło szloch i pokręciła głową.
- Skąd? – zdołała wyszeptać.
- Jeden chłopak pracujący w kopalni złota wisiał mi dużą przysługę. Dał mi odpowiednią ilość, a ja znalazłem człowieka, który przeleje to w pierścionek. Podoba ci się?
Zaśmiała się i pokiwała głową.
- To dobrze. No to… wyjdziesz za mnie, Alice? – jego oczy były pełne nadziei, dziewczyna zaczęła się już nienawidzić.
- Nie – odpowiedziała stanowczo, a nadzieja w jego oczach przygasła.
- Dlaczego? – spytał dalej klęcząc.
- Nie chcę patrzeć na ten pierścionek, kiedy będę czekać – tłumaczyła – Nie chcę na niego patrzeć, kiedy jakiś inny żołnierz przekaże mi flagę i… Boże Jack…
- Wrócę, Alice – zapewnił – Kocham cię.
Chłopak, który teraz był już mężczyzną, wstał, pocałował ją w czoło i wyszedł. Alice jeszcze długo siedziała w ciemności, kiedy w końcu położyła się i zapadła w sen, tuląc twarz do poduszki przesiąkniętej zapachem wody kolońskiej Jack 'a.
© Agata | WS
x x x x x x x.